Czarodziej

Karteczki dobrych słów

Wiem, że to niegrzeczne, ale czasem — z nudów — lubiłem zaglądać przez okno. Byłem ciekaw ludzi. Schowani we własnych domach, robią naprawdę dziwne rzeczy.

Tym razem jednak moją uwagę przykuła jedna z tych mniej dziwnych, żeby nie powiedzieć: nudnych osób. Od niedawna, z dokładnością zegara z ratuszowej wieży, regularnie siadała przy biurku. Pewnie nie byłoby w tym nic interesującego, siadała jednak zawsze tyłem do okna, co zdecydowanie przeszkadzało mi dowiedzieć się, co robi.

Ciekawość jednak brała górę.

Najpierw próbowałem przyjrzeć się samej właścicielce tych pleców. Lekko przygarbione plecy — jakby chciała ukryć wszystkie swoje smutki. Choć sunęła po pokoju z żywotnością dziecięcej piłeczki, jej niezwykle niebieskie oczy często skrywała szklana tafla łez. Gdy podchodziła do stolika, trzepotały jej rzęsy i spychały smutek w otchłań niepamięci.

Oj, jak bardzo byłem zaciekawiony! Łepkiem kręciłem, przekrzywiałem go w różne strony, jakby to w jakiś magiczny sposób miało pomóc przejrzeć na wylot jej plecy.

Byłem w tym uparty od wielu długich dni. Nie poddawałem się.

Aż pewnego razu — gdy siedziała jak zwykle przy biurku, dumnie dziś prezentując kwiecistość swej sukienki — nagle do drzwi mieszkania zadzwonił dzwonek. Sam się wystraszyłem. Jej drzwi otwierały się niezwykle rzadko, a wizyta gościa była czymś… niemożliwym.

A jednak…

W drzwiach stanął brodaty listonosz. Sięgnął do swej przepastnej torby i wyjął jakieś małe zawiniątko. Wtedy zorientowałem się, że to najlepszy moment, by wreszcie zaspokoić swoją ciekawość. Sfrunąłem na parapet. To, co do tej pory skrywało się za jej plecami objawiło się w pełnej okazałości. Na blacie, w różnych rządkach, równymi szeregami, leżały uporządkowane karteczki. Nie wiem, czy to moja ciekawość, czy cecha przypisana gołębiej naturze — ale mogłem wszystko przeczytać. Zobaczyłem mnóstwo pięknych słów, starannie wypisanych na każdej z nich. Nie wiem, czy to strach z powodu zamykanych drzwi, czy jakiś cud w mojej głowie popchnął mnie do szaleńczego lotu. Podfrunąłem co sił, porwałem jedną z karteczek. To było głupie, ale w tamtej chwili coś mną zawładnęło i pchało mnie do działania. Zabrałem karteczkę w dzióbek i schroniłem się w zieleni drzewa. Nie wiem skąd, ale wiedziałem, co dalej mam robić. Gdy uspokoiłem oddech, sfrunąłem dwa piętra niżej i wrzuciłem karteczkę. Staruszka najpierw spojrzała na mnie zdziwiona, potem powoli schyliła się po znalezisko i rozpostarła karteczkę.

Gdy czytała — jej twarz zaczęła się zmieniać. Pojawił się dawno niewidziany uśmiech. Wiedziałem, że właśnie zaczęła się niesamowita przygoda.

Opowiem wam w wolnej chwili, co działo się dalej.

zobacz wszystkie