Czarodziej

Dzień odwagi

Mała Wiki bała się bardzo zwierząt, nie tylko tych ogromnych jak wilczur ze zmierzwioną grzywą i okropnym językiem wciąż wiszącym na wierzchu, ale także tych małych zwierzaczków jak biedronka, która lubiła zazwyczaj niespodzianie spadać na ramię albo mrówka, która często złośliwie stawała na drodze Wiktorii i robiąc straszne miny nie pozwalała małej dziewczynce kroczyć do babci. Spotkanie ze zwierzęciem. nigdy nie należało do przyjemności. Ogarniał ją wtedy strach, taki ogromny, który wyłącza wszystko. Wyłącza ręce, wyłącza nogi, nawet powieki potrafi wyłączyć. Oczy się wtedy rozszerzały szeroko, chciałaby uciec ale nogi też przecież były wyłączone i ręce były włączone nawet gdyby wpadła na szalony pomysł ucieczki na rękach z nogami do góry. Stała jak zamarznięta, jak sopelek arktycznego lodu. Nie mogła nic zrobić, tylko patrzeć. Najczęściej sprawa kończyła się tak, że biedronka odlatywała dalej w swoją stronę, a złośliwa mrówka przestawała się znęcać i dalej swoimi drobnymi nóżkami kroczyła w swoją stronę. Jednak największym problemem dla Wiki były psy. Bardzo lubiła te zwierzęta. Dziwnie to brzmi, prawda? Lubiła, ale się bała. Ale tak właśnie było w rzeczywistości. Oczami pochłaniała w zachwycie te futrzaste zwierzaki. Nawet ten wspomniany okropny wilczur z sąsiedztwa ciekawił ją bardzo. Chciałaby je podrapać za uchem, potarmosić kudły na plecach lub wreszcie przytulić się całą sobą do mięciutkiego futerka. Ale nie mogła… Ten okropny strach przeszkadzał we wszystkim.
Któregoś razu wybrała się z tatą na pokazy ratownictwa. Odważni strażacy w wielkim tempie pokonywali szczeble drabiny, paszczę ognistego smoka szybko zamykali strumieniem zimnej wody. Byli bardzo dzielni. Wiktoria też chciała być tak dzielna. Postanowiła, że tak właśnie będzie. Jeszcze tylko nie wiedziała jak tego dokonać. W tej samej niemal chwili, gdy w głowie pojawiło się postanowienie, na ich drodze stanął pies. Nie byle jaki: mundurowy, policyjny. Pies z ogromną cierpliwością, dorównującą jego wielkości, ogromny tak bardzo, że jego czarne niczym smoła oczy wyglądały jak ogromne talerze. Nowofunland spoglądał z politowaniem na wszystkie dzieci przysuwające się do niego, głaszcząc go, uśmiechając się, robiąc sobie z nim zdjęcia. Mimo ogromnego rozgardiaszu wokół, Wiktoria czuła spojrzenie psa na sobie. Z równie wielką uwagą patrzyła na psiego policjanta. Oczy małej dziewczynki uśmiechały się radośnie. Znów jednak ktoś jakby pstryczka włączył, strach odebrał radość. Nie mogła podejść bliżej. Stojący nieopodal tata wiedział co się święci. Kucnął przy niej i cierpliwie zaczął ją przesuwać. Tak niezauważenie, milimetr po milimetrze. Mijały kolejne minuty, zahipnotyzowana Wiktoria nie zwróciła uwagi, że dystans do psa zmniejszył się o połowę. Mijają kolejne minuty… Ogromny nowofunland jest już na wyciągnięcie dłoni. Wiele kosztowała ją ta decyzja. Wbrew wszelkim pstryczkom włączającym strach, powoli uniosła rękę, nieśmiało kierując w stronę psa, jakby tylko chciała palcem pokazać cel dalekiej podróży. Tak, to była ogromnie daleka podróż, którą pokonywała przez ostatnich kilka lat. Wreszcie dotknęła psa. Równie szybko jak dotknęła, tak szybko uciekła. Jednak od tego dnia wszystko się już zmieniło. Dziewczynka żyła nadal z małym strachem, ale nie takim, który wyłącza wszystkie nogi, ręce. Ten strach sprawiał tylko, że była tylko ostrożna. Bardzo lubiła tulić się do psich futerek, głaskać je, tarmosić. Oczywiście tylko wtedy, gdy pies na to pozwolił. Przez te wszystkie lata nauczyła się czytać ich mowy. Wiedziała kiedy może sobie na to pozwolić. Dzień odwagi wiele zmienił w jej życiu. Od tej pory, gdy strach zaczynał ją paraliżować, przypominała sobie historię sprzed lat i krok po kroczku zmierzała do celu.

zobacz wszystkie